poniedziałek, 18 stycznia 2016

MYŚLĄC O KORZENIACH... "Poradnik początkującego wikliniarza" oraz "La vannerie sauvage" (Dzikie plecionkarstwo)

Tym razem zapraszam Was na podwójną recenzję książek o wikliniarstwie i „dzikim” plecionkarstwie. Pierwsza z nich to Poradnik początkującego wikliniarza Tomasza Kowala, druga to La vannerie sauvage (Dzikie plecionkarstwo) Bernarda Bertrand.

Poradnik początkującego wikliniarza


Tomasz Kowal
80 stron
Format: 17x23,5 cm


O kulinarnym wykorzystaniu dzikich roślin sporo się pisze i mówi. Mniej natomiast wspomina się o możliwościach wykorzystania ich do plecenia koszy i pudełek oraz kręcenia lin. A w tym względzie możliwości jest co niemiara. Można wykorzystać pędy chmielu, barwinka, korę i gałązki brzozy, szakłak, trzcinę, kruszynę, kalinę, dąb, jesion, leszczynę, niektóre gatunki traw, sit i inne dziko rosnące rośliny. Wybór zależy od efektu, jaki chcemy uzyskać. Aby jednak cokolwiek stworzyć, warto poznać podstawy wikliniarstwa. Dzięki temu nasze wyroby zyskają piękny splot oraz będą bardziej trwałe. W tym celu warto poszukać tutoriali w internecie lub zajrzeć do jednej z niewielu wydanych w Polsce książek na temat wikliniarstwa: Poradnika początkującego wikliniarza napisanej i zilustrowanej przez Tomasza Kowala, wikliniarza, ilustratora, artystę plastyka. Książkę wydał Miejski Klub „Maczki” z Sosnowca, gdzie autor od lat prowadzi warsztaty.

Książka jest pomyślana jako poradnik dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z pleceniem koszy. Znajdziemy w niej słowniczek podstawowych pojęć, opis niezbędnych narzędzi, rodzajów wikliny i podstawowe techniki wykonania koszy, sploty oraz garść ciekawostek o wiklinie. Każda technika jest dokładnie zilustrowana kolorowymi rysunkami, dzięki którym krok po kroku wykonamy daną czynność. W książce zdecydowanie przeważają rysunki, dlatego zachęcam do obejrzenia pierwszych 20 stron książki, zaprezentowanych tutaj. Poniżej zamieszczam też zdjęcie jednej rozkładówki i spisu treści.




















                                                         

                                               
 
La vannerie sauvage  (Dzikie plecionkarstwo)

Bernard Bertrand
208 stron
Format: 20,6x28,9 cm



Dla pasjonatów „dzikiego” plecionkarstwa polecam świetną dwutomową francuską książkę La vannerie sauvage  Bernarda Bertrand z której można zaczerpnąć masę inspiracji i praktycznej wiedzy na temat wykorzystania dzikich roślin w pleceniu koszy i naczyń. Do książki dołączone jest instruktarzowe DVD. Niestety książka jest dosyć droga (ok. 50 Euro), za to zawiera wiele zdjęć i bardzo szczegółowych praktycznych informacji, np. wykaz roślin, które nadają się na stelaż, wypełnienie ścianek kosza itp. oraz projekty różnych naczyń z konkretnych roślin. Na zachętę załączam kilka zdjęć ze środka.




Anna Słowik

Polecane wydarzenie:


30.01.2016 Kosze plecione z darów lasu. Więcej informacji tutaj.

czwartek, 7 stycznia 2016

W MIEJSKIEJ KNIEI – BLIŻEJ SIEBIE – BLIŻEJ DZIECKA. Wywiad z Weroniką Dubicką.

Wywiad z Weroniką Dubicką, logopedą Fundacji „Dom w Łodzi”, która prowadzi wyjątkowy dom dziecka dla dzieci chorych. Każdy z dziewięciorga podopiecznych Domu ma inne schorzenie i inne ograniczenia, wymaga więc indywidualnego podejścia. Pani Weronika dostosowuje zadania do potrzeb i możliwości maluchów, a także do ich temperamentu. Na ile to możliwe wymyśla takie ćwiczenia, by dzieci traktowały je jako zabawę. Udzieliła mi odpowiedzi na nurtujące mnie i innych rodziców pytania.

Kim jest logopeda?

Logopeda ma za zadanie poprawiać jakość komunikacji międzyludzkiej w bardzo szerokim zakresie. Może pracować z ludźmi w każdym wieku od niemowlęctwa do późnej starości, choć najczęściej kojarzony jest z korygowaniem wad wymowy u dzieci, które mają problem z wymawianiem konkretnych głosek.

Jakie objawy związane z wymową dziecka powinny zaniepokoić rodziców i kiedy powinni oni zgłosić się do logopedy?

Te, które dotyczą dzieci już mówiących, zazwyczaj są dla rodziców dość łatwe do wychwycenia. Na przykład sześciolatek zamiast „szkoła” nadal mówi „skoła”, albo 4-5 letnie dziecko zamienia jedne głoski na inne. Zamiast „kota” jest „tot”, a zamiast „tak” pojawia się „tat”. Są to już wyraźne sygnały, by wybrać się do logopedy. Może się okazać, że kilka zajęć i sumienne ćwiczenie z rodzicem w domu przyniesie błyskawiczny efekt. Czasem jednak okazuje się, że problem został nieco przespany, a przyczyna zaburzeń leży np. w nieprawidłowej budowie narządów, które biorą udział w mówieniu lub w ubytkach słuchu. Przyczyn tak naprawdę może być bardzo wiele. Należy zdawać sobie sprawę, że to co już jest nieprawidłowością u pięciolatka, u trzyletniego dziecka nadal może być normą. Istnieje pewien schemat pojawiania się głosek w inwentarzu dziecka. W dobie Internetu nietrudno rodzicom odnaleźć tego typu publikacje. Nie należy się trzymać tego kurczowo, bo nie ma dwojga takich samych dzieci, a nauka mówienia to jednak proces zależny od bardzo wielu czynników, ale ja wychodzę z założenia, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Jeśli cokolwiek nas niepokoi lepiej wybrać się do specjalisty i usłyszeć, że wszystko jest w porządku, niż korygować utrwalone wady.

Istnieją jednak kwestie, które nie są jednoznaczne dla rodziców i pewne problemy, których pojawienie się w ogóle nie jest łączone z rozwojem mowy. Zaczynając chronologicznie – już u noworodka można zaobserwować sygnały, które mogą mieć wpływ na późniejszy nieprawidłowy jej rozwój. Człowiek tak jest skonstruowany, że używa tych samych „narzędzi” do jedzenia, co do mówienia, zatem wszelkie nieprawidłowości w ssaniu, gryzieniu, połykaniu pokarmu oraz w oddychaniu mogą rzutować na późniejsze problemy w mówieniu. Należy obserwować dziecko i zgłaszać wszelkie niepokojące sygnały w tej materii. Często niestety zdarza się, że dziecko początkowo dobrze ssące, nie wykazujące problemów, zbyt długo po rozszerzeniu diety karmione jest papkami, nie uczy się gryźć, rozdrabniać pokarmu, nie ma możliwości ćwiczyć w tym zakresie i zaczynają się pojawiać problemy. Dodatkowo każde dziecko już w szpitalu przechodzi przesiewowe badanie słuchu. Jeśli zostaną w nim odnotowane nieprawidłowości, nie należy tego lekceważyć i zgłosić się na kontrolne badania w wyznaczonym terminie. Słuch jest zmysłem, którego zakłócenia bardzo wpływają na rozwój mowy. Nie musi to być wcale duże uszkodzenie.

Nie powinniśmy dać się także zwieść utartemu stwierdzeniu, że do logopedy wybieramy się dopiero, kiedy dziecko zacznie mówić, a najlepiej pełnymi zdaniami. Cały pierwszy rok życia dziecka – bardzo dynamiczny pod względem rozwoju – dostarcza nam wielu danych. Krzyk dziecka, jego płacz, a potem eksperymentowanie z głosem, wydawanie gardłowych dźwięków i ciągów sylab, to wszystko jest komunikacja małego człowieka z otoczeniem. Roczne dziecko reaguje już na swoje imię, potrafi wskazywać palcem czego potrzebuje, wymawia kilka słów. Tutaj krótkie wyjaśnienie, jeśli widząc na obrazku krówkę zawsze mówi „muu”, a na jedzenie mówi „am” to już traktujemy to jako słowa. Przed drugim rokiem życia pojawi się w słowniku dziecka wiele słów, które dla nas nic nie będą znaczyć, ale dla niego tak. Na tym etapie dziecko bardzo chce powtarzać i uczyć się nowych wyrazów, ale nie wszystkie głoski jest wstanie jeszcze wymówić, stąd albo je pomija, albo zamienia. Następnie pojawią się zdania, które mogą brzmieć: mama am, tata aaa, czyli mama je a tata śpi. Jeśli nie zauważamy tego progresu i nasza pociecha kończąc rok nie pokazuje rzeczy z najbliższego otoczenia, o które spytamy, nie reaguje na proste polecenia, a co gorsza jeśli do drugiego roku życia nie zacznie się bawić słowami to już wyraźny sygnał, że należy skonsultować się z logopedą. Na etapie szkoły logopeda może pomóc także, jeśli pojawiają się problemy z nauką czytania i pisania. Tutaj alarmującym objawem dla rodzica może być odwracanie zapisów graficznych liter, pisanie od strony prawej do lewej czy nieumiejętność składania sylab i głosek w wyrazy.

Jak poprzez zabawę ćwiczyć z dzieckiem w domu?

Typowe ćwiczenia logopedyczne kojarzą się głównie z gimnastyką buzi i języka. Wydają się one bardzo proste i teoretycznie możliwe do przeprowadzenia przez każdego. Zalecałabym jednak tutaj dużą ostrożność. Liczne opracowania podają wiele przykładów ćwiczeń z językiem wysuniętym z buzi. Stosując je istnieje ryzyko, że dziecko przyzwyczai się do tego ułożenia języka i zacznie wymawiać głoski międzyzębowo. Bawiąc się z dziećmi w gimnastykę języka udawajmy żabę, która rozciąga złączone wargi a potem zmienia się w rybkę i robi z warg dziubek. Ważne jest wyćwiczenie ruchu języka ku górze i dotykanie nim miejsca tuż za zębami. Możemy tutaj stosować wiele sposobów, aby uatrakcyjnić ćwiczenia np. smarować ulubionym dżemem miejsce, którego ma dotknąć język, albo udawać, że nasze podniebienie to biedronka i trzeba tam namalować językiem kropeczki, możemy kląskać, parskać i cmokać, wymyślając różne śmieszne minki przed lustrem, ćwicząc tym samym język i wargi by jak najsprawniej wykonywały precyzyjne ruchy.
Ćwiczeniami wstępnymi do poprawnego wymawiania głosek są też ćwiczenia oddechowe. Można ich wymyślać bardzo wiele. Na przykład dmuchać na powieszone na sznureczkach piórka – najpierw lekko i krótko a potem tak, by piórko jak najdłużej unosiło się w powietrzu. Możemy kawałek gazetowego papieru przytrzymać na ścianie i dmuchać wprost na niego tak, by jak najdłużej udało się utrzymać go przy ścianie. Możemy użyć kubka i słomki, by jak najdłużej wydychając powietrze tworzyć w kubku bąbelki. Można też pozwijać gazetę w kulki o wielkości nieco większej niż dziurka w słomce i zasysając powietrze rurką, przenosić papierowe kulki z miejsca na miejsce. Dla osób, które mają więcej czasu, bardzo fajną alternatywą jest wycięcie z papieru małych elementów, na przykład jabłuszek i układanie ich za pomocą powietrza i słomki na szablonie drzewa, które wcześniej przygotujemy lub wytniemy z czasopisma. Można też urządzić wyścigi żaglówek zrobionych z papieru w misce z wodą.
Dla najmłodszych wszelkie zabawy dźwiękowe są nie do przecenienia, używanie w zabawach wyrażeń dźwiękonaśladowczych, naśladowanie zwierząt czy też robienie z dzieckiem inscenizacji przy pomocy misia czy innych zabawek. „Miś idzie i robi tup, tup. Oj! Miś upadł i zrobił baaach”. W tego typu zabawach ogranicza nas tylko wyobraźnia. Wszelkie zabawy muzyczno-ruchowe czy gimnastyka z własnym dzieckiem także zaprocentuje w przyszłości. Jeśli natomiast pojawiają się wady wymowy, które korygujemy z pomocą logopedy, bardzo ważne jest, by rodzice ćwiczyli z dzieckiem w domu wszystko to, na co zwraca uwagę specjalista. Ćwiczenie raz czy dwa razy w tygodniu wyłącznie podczas zajęć nic nie da, jeśli nie będziemy systematycznie utrwalać efektów terapii logopedycznej w domu.

 Jak często ćwiczyć?

Im częściej, tym lepiej. Jeśli będziemy ćwiczyć, bawiąc się, to nie ma obaw, że dziecko się zniechęci. Ważne, żeby zachować systematyczność. Dużo jednak zależy od problemu, z jakim się spotykamy. Czasem wystarczy kilkanaście minut dziennie i efekty widoczne są dla każdego po kilku tygodniach. Jeśli natomiast mamy do czynienia z poważniejszymi zaburzeniami mowy, z jakimi stykam się na co dzień w pracy w Domu dla Dzieci Chorych, efekty codziennych żmudnych ćwiczeń mogą być widoczne dopiero po kilku miesiącach lub… latach.

Jak na co dzień wspomagać rozwój mowy u swoich dzieci w domu?

Przede wszystkim należy podkreślić, że nie ma takiej sfery rozwoju dziecka, która nie wpływałaby na rozwój mowy, dlatego tak ważna jest rola ruchu i naszej aktywności, jeśli zależy nam na prawidłowym rozwoju dziecka w ogólnym rozumieniu. Ważnym jest również fakt, że dziecko uczy się wszystkiego, obserwując osoby w swoim otoczeniu. Jeśli chcemy mu pomóc w nauce mówienia, musimy myśleć o tym już od urodzenia – jak najwięcej do niego mówić, prostym językiem, bez pośpiechu, wyraźnie. Unikamy pieszczenia się, choć to niekiedy silniejsze od nas. Jeśli nasza pociecha dobrze słyszy i jest otaczana słowami, zaczyna rozumieć i dopasowywać słowa do rzeczy, dopiero kiedy zakoduje sobie, że to zwierzątko żółte z dzióbkiem to kaczuszka i robi „kwa, kwa”, może to powiedzieć. Jeśli nie pokażemy dziecku gestu „brawo” i nie poprzemy gestem, to nie powinniśmy się dziwić, że inne już pokazują a moje nie, no bo skąd niby mały Jaś czy Olek ma wiedzieć, co to jest to „brawo”, jeśli nigdy w życiu nikt mu tego jeszcze nie pokazał. Nauka mówienia to ciągłe powtarzanie. Im więcej razy powtórzymy dane słowo w określonej sytuacji tym szybciej dziecko je zapamięta, a potem zacznie podejmować próby jego wymówienia. Już maluchom, które tylko leżą, możemy czytać – każda bajka to spotkanie ze słowem, choćby wydawało nam się, że dziecko nie jest zainteresowane. Tak łatwo przychodzi nam bezmyślne włączanie telewizora komputera czy tableta w obecności dziecka, nawet jeśli miałyby te sprzęty pracować tylko w tle, a tak trudno jest zrozumieć sens czytania, mówienia do dziecka i spędzania z nim czasu aktywnie. Rozwój ruchowy (nie tylko w zakresie dłoni obsługującej telefon komórkowy) ma ogromne znaczenie dla rozwoju mowy. Dlatego jeśli będziemy z dzieckiem bawić się piłką, przesuwając ją po ziemi i mówiąc do dziecka, wydając odgłosy, pomagamy mu w osiągnięciu wspaniałych efektów w przyszłości. To samo dzieje się, kiedy nakładamy z dzieckiem kółeczka na patyk, śpiewamy piosenki, pokazujemy obrazki ze zwierzątkami lub sami je udajemy, wydając przy tym dźwięki, budujemy wieże z klocków i nazywamy, nazywamy i jeszcze raz nazywamy to, czego używamy do zabawy oraz wykonywane czynności. Tak szeroko dostępne dziś zabawki obsługiwane jednym palcem, grające śpiewające i mówiące, trochę nas, rodziców, wyręczają, ale nie zastąpią kreatywnej zabawy, rysowania, malowania, wycinania i przyklejania. Dodatkowo, jeśli są używane bez umiaru, to bez względu na liczne mądrości w nich zawarte przyzwyczajają dziecko do bierności, która w rozwoju na pewno nie jest zalecana. Bądźmy aktywnymi rodzicami, a nasze dzieci także będą aktywne.


Marzena Kaczmarek

ETNOBOTANIKA I ZIOŁOWA KOSMETYKA. Rośliny konsumpcyjne w kuchni Słowian.


Kuchnia wczesnośredniowiecznych Słowian, mimo że można ją uznać za dosyć urozmaiconą, nie obfitowała w wyszukane potrawy. Codzienny jadłospis ówczesnych ludów opierał się głównie na polewkach i bryjach oraz kaszach. Z zebranych płodów roślinnych Słowianie przygotowywali: polewki z ziół i mąki (dzikie rośliny rozgotowane w wodzie na rzadko lub też rzadkie potrawy ze zmielonych na mąkę ziaren, podobne do kleiku), potrawy kaszowate (gęste potrawy z ziaren lub mąki tzw. bryje), potrawy podpłomykowate (różnego rodzaju rzadkie, wodniste pieczywo wypiekane na rozgrzanych kamieniach), chleby.
Mocną stroną zup-polewek było zapewne to, że były łatwe w przygotowaniu, tanie i mogły nasycić kilka osób. Pierwszy posiłek (śniadanie i zarazem obiad) stanowiły według podań etnograficznych żur, barszcz czy kapuśniak zagryzany podpłomykiem, gęsta bryja, kasza jaglana; wieczorną strawę stanowiły przeważnie kasze z tłuszczem lub mlekiem, rzadziej mięso. Napoje, jakie pili Słowianie, to woda, mleko, kwas chlebowy oraz napoje alkoholowe tj. piwo, miody pitne. Prawdopodobnie spożywano również sfermentowane soki z owoców, jagód lub soku drzew (tzw. oskoła).

Bogatym źródłem pokarmu był dla Słowian las. Jako uzupełnienie diety zbierali owoce dziko rosnących drzew tj. grusze, jabłonie, orzechy oraz poziomki, maliny, ostrężyny, owoce tarniny, bzu czarnego itp. Znaleziska archeologiczne wskazują na powszechne zbieranie orzechów laskowych (Corylus avellana L.). Spożywano oba gatunki ostrężyn: jeżyny (Rubus fruticosus L.) i popielice (Rubus caesius L.) Spośród owoców leśnych ludność słowiańska zbierała także poziomki, tzw. sunice (Fragaria vesca L.), borówki: czarną (Vaccinium myrtillus L.), brusznicę (Vaccinium vitis-idaea L.) oraz borówkę bagienną zwaną łochynią lub pijanicą (Vaccinium uliginosum L.), a także żurawinę błotną (Oxycoccus palustris Pers.). Według Moszyńskiego (1929) do listy spożywanych przez Słowian owoców dziko rosnących dodać można: malinę kamionkę (Rubus saxatilis L.) oraz inne gatunki malin, jarzębinę (owoc jarzębu pospolitego Sorbus aucuparia L.), owoc kaliny koralowej (Viburnum opulus L.), czeremchy zwyczajnej (Padus avium Mill.) oraz róży dzikiej (Rosa canina L.) tzw. szypszyny. Z szyszkojagód jałowca pospolitego (Juniperus communis L.) wyrabiano rodzaj piwa. Zbierano poza tym niektóre owoce roślin oleistych np. pestki derenia świdwy (Cornus sanguinea L.) oraz bukiew. Oprócz owoców leszczyny pospolicie zbierano także orzechy rośliny o nazwie kotewka orzech wodny (Trapa natans L.). Smaczne jadalne orzechy kotewki i leszczyny bogate są w skrobię, a dzięki swej formie nadawały się do łatwego przechowywania.
Zielone pędy i liście komosy, a także niektóre gatunki rdestu i szczawiu, mogły być przyrządzane jako substytut warzyw (tak, jak obecnie podaje się sałatę, szpinak) oraz gotowane na polewki. Popularnym składnikiem kwaśnych polewek były także takie rośliny dziko występujące jak: barszcz zwyczajny (Heracleum sphondylium L.) oraz pokrzywa zwyczajna (Urtica dioica L.). Do wymienionych wyżej roślin można by dodać wiele innych gatunków, które wykazywane były na stanowiskach archeologicznych, m.in. łopian większy (Arctium lappa L.) czy jasnota biała (Lamium album L.), a także owoce buka i dzikich bzów. Według Moszyńskiego (1929) do listy spożywanych przez Słowian roślin dziko występujących dodać można: chmiel zwyczajny (Humulus lupulus L.), kąkol polny (Agrostemma githago L.) i szczyr (Mercurialis L.).

Prawdopodobnie najczęściej Słowianie stosowali komosę białą (Chenopodium album L.) zwyczajowo zwaną lebiodą, która występuje pospolicie na całym obszarze Polski. Jej nasiona i młode liście są jadalne i mogły być stosowane, jako warzywo. Są one bardzo pożywne i bogate w witaminę C i A oraz jod. Starsze liście i nasiona są natomiast trujące, zawierają m.in. saponiny, kwas szczawiowy, alkaloidy, kwas oleanowy. Jednak można stosunkowo łatwo pozbawić je trujących składników gotując raz lub dwa razy, a następnie odlewając wodę z gotowania. Komosa była dla Słowian również źródłem nasion zbieranych na kaszę. Pośród kilkunastu gatunków rdestów (Polygonum L.) rosnących na terenie kraju, prawdopodobnie wszystkie z nich posiadają młode pędy nadające się do spożycia. Gotowano z nich polewki dodając mąki i mleka. Ponadto nasiona rdestu i komosy, ze względu na obecność w nich składników tłuszczowych, mielono i w okresach głodu stosowano jako dodatek do mąki. Szczaw (Rumex L.) zawiera w swych liściach kwas szczawiowy oraz jest bogaty w żelazo i witaminę C. Wraz z młodymi liśćmi pokrzywy (Urtica dioica L.) stosowany był przez Słowian do gotowania kwaśnych polewek. Pokrzywy szczególnie cenione były na przednówku, gdyż w okresie od przedwiośnia do maja stanowiły po ugotowaniu wartościowy pokarm, jeden z ważniejszych składników pożywienia głodowego. Barszcz zwyczajny (Heracleum sphondylium L.) był kolejną rośliną stosowaną w kulinariach, zbierano młode listki i górne jego części, które ugniatano do puszczenia soków i gotowano lub pozostawiano do ukiszeniu. Łopian większy (Arctium lappa L.) jest gatunkiem rodzimym flory Polski, pospolity na całym jej obszarze, spotykany na przydrożach leśnych. Korzeń łopianu, łodygi i ogonki liściowe są jadalne (młode na surowo), starsze korzenie gotowano, nadawał się także do ukiszenia. Korzeń mógł być suszony, zawarta w nim inulina stanowi pożywkę dla pożytecznych bakterii jelitowych. Jasnota biała (Lamium album L.) wyglądem zbliżona jest do pokrzywy, a jej młode liście mają podobne do niej własności odżywcze. Liście nie są zbyt smaczne, ale mogą być z powodzeniem jedzone na surowo lub gotowane. Kąkol polny (Agrostemma githago L.) dawniej bardzo pospolity, w swych liściach zawiera saponiny, stąd najprawdopodobniej spożywano go w formie ugotowanej. Te same związki chemiczne o właściwościach trujących posiada szczyr (Mercurialis L.). Do konsumpcji po ugotowaniu stosowano głównie szczyr roczny (Mercurialis annua L.).

W średniowieczu jadano prawdopodobnie także wychodzące z ziemi wiosną młode pędy chmielu – na surowo lub gotowano je w zupie oraz jak szparagi. Szyszki chmielowe lub wywar z nich używany był także do zaprawiania piwa oraz miodu, by podnieść ich walory smakowe. Według Moszyńskiego (1929) Słowianie dodawali chmiel także do ciasta chlebowego. Duże znaczenie dla ludów słowiańskich miały zapewne mączyste nasiona niektórych traw i ziół. Zanim doszło do udomowienia gatunków zbóż znanych do dziś, ludzie ograniczali się do przyswajania sobie ziaren roślin dziko rosnących. Najpospolitszym „dzikim zbożem” była najprawdopodobniej manna jadalna (Glyceria fluitans (L.) R.Br.). Kobiety zbierały ziarna tej trawy latem, po rosie, strząsając je przetakiem na sita. Z nasion można było wyrabiać grysik, kasze, piec chleb.



Drogą zbieractwa Słowianie pozyskiwali także rośliny przyprawowe. Zbierali oni w tym celu takie rośliny dziko rosnące jak: czosnek (Allium L.), chrzan pospolity (Armoracia lapathifolia Gilib.), miętę (Mentha L.), kolendrę siewną (Coriandrum sativum L.), kminek zwyczajny (Carum carvi L.), gorczycę polną (Sinapis arvensis L.), jałowiec pospolity (Juniperus communis L.) oraz mniej znane: czosnaczek pospolity (Alliaria petiolata (M. Bieb.) Cavara et Grande), dzięgiel leśny (Angelica sylvestris L.) , biedrzeniec (Pimpinella L.), tobołki polne (Thlaspi arvense L.), obrazki plamiste (Arum maculatum L.), a także: macierzanki (Thymus L.), lebiodka pospolita (Origanum vulgare L.), gorycznik pospolity (Barbaraea vulgaris R. Br.). Czosnek oprócz wyrazistego aromatu posiada właściwości bakteriobójcze i rozgrzewające. Spośród krajowych gatunków wymienić można m.in. czosnek wężowy (Allium scorodoprasum L.), czosnek niedźwiedzi (Allium ursinum L.) oraz czosnek kątowy (Allium angulosum L.). Ten ostatni nie posiada cebulek, stąd jako przyprawy używano jego dojrzałych kwiatostanów. Ususzony i sproszkowany korzeń chrzanu z powodzeniem mógł dodawać smaku mdłym potrawom, a w jego liście od wieków zawijano chleb przed pieczeniem – wysychając, oddawał pieczywu swój aromat. Liście i młode pędy mięty spożywane były przez ludzi od czasów prehistorycznych. Dużą zaletą tej rośliny jest fakt, iż nawet po ususzeniu nie traci swych walorów smakowych i zapachowych. Szyszkojagody jałowca stosowane w kuchni Słowian podnosiły walory smakowe dań mięsnych oraz kiszonek z warzyw np. kapusty. Czosnaczek i tobołki są roślinami, które mają zapach czosnku, suszony korzeń obrazków plamistych ma smak zbliżony do imbiru, natomiast dzięgiel i biedrzeniec mogły z powodzeniem zastępować anyż i być dodawane do słodkich potraw z miodem lub owocami. Lebiodka pospolita ma przyjemny, korzenny zapach, a do potraw dodawane są świeże lub suszone kwiatostany lub liście tej rośliny. Gorycznik pospolity, podobnie jak lebiodka, posiada aromatyczne liście o ostrym aromacie korzennym, dzięki czemu nadaje się, jako dodatek do jarzyn czy sosów. Jako dodatek do wyrobów piekarniczych z powodzeniem stosować można było czarnuszkę (Nigella L.) lub kminek (Carumi L.) nadające pieczywu przyjemny aromat. Przyprawy miały na celu urozmaicenie i podniesienie walorów smakowych potraw, ale także ułatwiały trawienie dzięki swym składnikom leczniczym. Ponadto dzięki zawartości fitoncydów o właściwościach bakteriobójczych działały konserwująco na przyrządzane przyprawy.


Karina Rudzka


Polecane:
1.      Jadłospis leśnych ludzi. https://web.facebook.com/events/557640721056632/
2.      Kurs zielarstwa tradycyjnego. https://web.facebook.com/events/1129050297119270/
3.      ABC ziołowej alchemii, czyli jak przygotowywać wyciągi z roślin leczniczych. Szczegóły: http://anna-bober.yolasite.com/warsztaty-zielarskie.php
4.   13.01.2016: Chleb domowy na zakwasie. Szczegóły: http://www.piecsmakow.com.pl/wyklad-chleb-domowy-na-zakwasie-5.html

sobota, 2 stycznia 2016

LEŚNA PASJA. Świąteczny spływ kajakowy.

Ostatnim wydarzeniem związanym z survivalem był wspomniany w poprzednim numerze Newslettera Świąteczny Spływ Kajakowy, który odbył się 19 i 20 grudnia. Spływ był wyjątkowy, ponieważ część opłat ze strony uczestników spływu przeznaczona została na leczenie chorującej na raka skierniewiczanki. Impreza zaczęła się w sobotę o dziewiątej i nie były to zajęcia stricte związane z survivalem, ale z pewnością posiadały jego elementy.
Udział w spływie wzięli koledzy z Wielkopolskiej Szkoły Survivalu, mistrz rozpalania ognia i nie tylko Artur Bokła oraz organizatorzy, czyli przedstawiciele Skierniewickiego Klubu Survivalu. W sumie płynęło czternaście osób, z czego znaczna większość to ludzie na co dzień zajmujący się zagadnieniami związanymi z survivalem.
W takim właśnie gronie mogliśmy się podszkolić, w większości teoretycznie, dyskutując o sprawach związanych z przeżyciem w dziczy i wymieniać się doświadczeniami z ostatnich wypraw. Nie zabrakło również zajęć praktycznych, wszak rzeka Rawka nie należy do najprostszych w pokonywaniu jej kajakiem. Wiele trudności, zwłaszcza o tej porze roku, przysparzają tzw. przenoski, czyli miejsca, w których nie da się przepłynąć, ze względu na przeszkody, jakimi są powalone drzewa i spiętrzenia.
Spotkanie było świetną okazją do omówienia niedawno przedstawianego na łamach programu TV Fokus serialu, pt. „Prepersi, gotowi na wszystko”, w którym mieliśmy przyjemność występować opowiadając o tym, co jeść i jak przetrwać na łonie natury. Przy okazji serdecznie zapraszamy do oglądania odcinków.
Noc spędzona przy ognisku i poranna kąpiel w rzece poprawiła samopoczucie, dała energię na kolejny dzień i utwierdziła nas w przekonaniu, że survival, to naprawdę nasza wielka pasja, w którą nieustannie pragniemy kultywować.
Cały spływ przebiegł w przemiłej atmosferze, nie zabrakło śpiewu przy akompaniamencie gitary, różnych opowieści i dowcipów. W niedzielne popołudnie w promieniach słońca dopłynęliśmy szczęśliwie do mety bogatsi o kolejne doświadczenia, w przeświadczeniu, że pokonaliśmy pomyślnie kolejną próbę przetrwania, tym razem nie w warunkach dokuczliwego zimna lecz wilgoci.
Na zakończenie pragnę osobiście i w imieniu organizatorów podziękować wszystkim uczestnikom, dzięki którym mogliśmy pomóc w leczeniu naszej koleżanki.
Arkadiusz Częstochowski

Polecane:
1. 30.01–6.02.2016: Rodzinny wyjazd zimowy w góry. Szczegóły: http://www.piecsmakow.com.pl/rodzinny-wyjazd-zimowy-w-gory.html
2.      29–31.01.2016: Na wilczym tropie. Szczegóły: http://www.alcha.pl/wilczym-tropem


TRAPERSTWO. Pułapki.

Uwaga! Ten artykuł przybliża metody polowania, które w Polsce są zabronione oraz pokazuje umiejętności, które można wykorzystać w razie zagrożenia życia. W innej sytuacji jest to zabronione prawem polskim.

Jedną z umiejętności niezbędnych podczas walki o przetrwanie jest umiejętność zdobywania pożywienia, a co za tym idzie, zdobycie mięsa i tłuszczu. Nie jestem zwolennikiem aktywnego polowania, wolę pułapki. Dlaczego? Już tłumaczę. Główną zaletą pułapek jest możliwość rozstawienia ich w wielu miejscach. Pułapki mogą być na różną zwierzynę i będą „pracować” jednocześnie. W polowaniu skupiamy się na jednym rodzaju zwierzyny i jesteśmy w jednym miejscu. W przypadku pułapek nie musimy czatować na zdobycz, po prostu stawiamy je i już działają, a my możemy zająć się innymi sprawami jak urządzanie obozu lub zbieranie roślin jadalnych.
Dzisiaj chciałbym omówić pułapkę na ptaki stosowaną przez Indian na terenach Kanady. Jest bardzo skuteczna na otwartym terenie. Największą jej wadą jest konieczność przewiercenia otworu (wymaga to odpowiedniego sprzętu), a do zalet należy skuteczność i łatwość (nie licząc wiercenia) wykonania. Wystarczy grubsza gałąź, trochę sznurka, kamień lub inny obciążnik i gałązka na spust. W grubszej gałęzi wiercimy otwór, następnie wbijamy ją w ziemie. Kamień obwiązujemy sznurkiem, przeciągamy przez otwór i robimy pętlę. Poniżej docelowej wielkości pętli robimy węzeł i blokujemy go gałązką. Na gałązce rozkładany pętlę i gotowe. Gdy ptak siada na gałązce ta się wysuwa z otworu zwalniając obciążnik a pętla zaciska się na nogach zdobyczy. Dodatkową zaletą jest to, że zostaje przez dłuższy czas żywa i poza zasięgiem drapieżników.

Adrian Zamachowski





Polecane:
1.      Warsztaty. Jak więcej zobaczyć i usłyszeć w lesie? https://web.facebook.com/events/101051530260351/
2.      Warsztaty. Kosze plecione z darów lasu https://web.facebook.com/events/1667559390188542/

PERMAKULTURA. W Nowy Rok z permakulturą.

Permakultura, choć narodziła się już prawie 40 lat temu, jest wciąż dziedziną wiedzy mało znaną w naszym kraju. Wielu z tych, którzy o niej słyszeli, kojarzy ją z uprawą ogródka. Permakultura tymczasem jest nauką o projektowaniu systemów funkcjonujących na wzór i podobieństwo natury, a dla niektórych również filozofią życia.


U podstaw permakultury leżą zasady etyczne – troski o Ziemię, troski o ludzi i sprawiedliwego podziału (zwanego również dzieleniem się nadmiarem). Zasady te stanowią podstawowe kryterium w podejmowaniu decyzji, a na ich fundamencie permakultura buduje potężny zestaw metod i technik mających służyć zaspokajaniu wszelkich potrzeb ludzkich, przy jednoczesnym dbaniu o środowisko naturalne i wszelkie przejawy życia na naszej planecie.

Permakultura zajmuje się produkcją żywności, projektowaniem siedlisk ludzkich i tworzeniem społeczności. Jej zakres obejmuje w praktyce wszystkie dziedziny życia, a zasady ewoluują w rozmaitych klimatach i kulturach, podobnie do procesu ewolucji zachodzącego w przyrodzie.

Permakultura zachęca nas do świadomego korzystania z wszelkich surowców, do ograniczenia konsumpcji, do głębszej współpracy z tym, co nas otacza – od naszych bliskich, znajomych, sąsiadów i członków społeczności, po otaczającą nas ożywioną i nieożywioną przyrodę.




Permakultura może być stosowana wszędzie i przez wszystkich. Od mieszkań w blokach, doniczek na parapecie i podwórek, poprzez miejskie i wiejskie farmy, szkoły i uczelnie, społeczności i przestrzenie wspólne, po biura i zakłady przemysłowe.

Poza osobami, które świadomie praktykują permakulturę, studiują jej zasady, metody i techniki oraz starają się żyć według jej zaleceń, wielu z nas stosuje permakulturę na co dzień, nie będąc nawet tego świadomymi. Osoby, którym leży na sercu ochrona przyrody i środowiska, rolnicy ekologiczni, aktywiści społeczni, preppersi i makersi, oraz wszyscy inni, którzy pracują na rzecz zrównoważonego rozwoju ludzkiej cywilizacji, podzielają idee, które legły u podstaw permakultury.
Niewykluczone więc, że i Ty już praktykujesz permakulturę, czy to świadomie oszczędzając energię, czy stosując recycling, czy uprawiając ogród pełen bioróżnorodności. A jeśli jeszcze tego nie robisz, to może warto zacząć? Styczeń to dobry czas na takie decyzje. Jeśli w Nowym Roku chciałbyś zrobić coś dla siebie i dla Ziemi, permakultura może okazać się w tym bardzo pomocna. Zacząć można od zaraz, od drobnych codziennych spraw. Czy możemy na Ciebie liczyć?


Wojciech Górny

MAGIA ŻYCIA. Fragment obrzędu w 2013 roku.


„Okres świąt Bożego Narodzenia przypada na okres Szczodrych Godów. To pradawne święto Słowian przypadające w noc przesilenia zimowego. Uznawane było za początek nowego roku solarnego, ale również liturgicznego. Słowianie wierzyli, że właśnie w tym czasie bóg nieba, słońca i ognia – Swaróg odzyskuje panowanie nad Ziemią. Radośnie czcili więc zwycięstwo światła nad ciemnością. Odbywały się wówczas huczne biesiady na przywitanie nowego roku. Podczas Godów zaprzestawano wszelkich prac, a czas spędzano na odwiedzaniu gości, obdarowywaniu się prezentami i śpiewaniu tradycyjnych pieśni. Słowianie radowali się nadzieją zakończenia zimy i zwycięstwa słońca. Był to też czas pamięci o zmarłych. W pierwszy poranek Godów ubierano Diduch w kolorowe ozdoby, orzechy, jabłka i dzwonki. Snop stał zawsze we wschodnim rogu domu. Wieczorem 24 grudnia szli wszyscy do świątyni. Czekali przed nią na Kniazia lub Podgrodnego (wojewodę lub starostę) oraz Radę Starszych. Po przybyciu namiestników, po kolei wchodzili do zewnętrznej świątyni. Przez uchylone zasłony obserwowano nabożeństwo umieszczania figury Swaroga w złotej kołysce. Kapłanki śpiewały modlitewne kołysanki a kapłani składali ofiary z miodu, mleka, chleba i piwa. Palili wonne zioła i świeżo zebraną żywicę, w wielkich kadzielnicach. Po modłach i śpiewach główny kapłan bądź kapłanka, namoczoną gałązką sosny, skrapiał wiernych. Następnie figurę w powijakach kasta kapłańska procesyjnie wynosiła ze świątyni i udawała się do grodu i podgrodzia. W tym czasie wierni w pośpiechu wracali do swych domów i czekali na przybycie procesji. W darze dawano szczodre, czyli cenny kruszec, kamień, bądź pożywienie i obrusy. Po przejściu Korowodu Swaroga rozpoczynała się uczta dziękczynna. Aby zapewnić urodzaj na przyszły rok, podczas uczt umieszczano siano pod obrusami. Rozpoczynano od jałowej pajdy chleba, którą nawzajem się błogosławiono, począwszy od najstarszych rodu. Resztki chleba składano do obiatowych mis i zanoszono na groby przodków w kolejne dni. Szczodre Gody trwały od 22 grudnia aż do 6 stycznia.”  

Angelus Vericarita

Tak pięknie i na bogato świętowano w czasach przedchrześcijańskich. Dzisiaj dużo skromniej, nie mniej jednak dla ludzi, którzy żyją tak, jak ja, w ścisłym związku z przyrodą, te dni są bardzo ważne. Bo niezależnie od tego czy na Ziemi jest wtedy mróz i leży pokrywa półmetrowej warstwy śniegu – w przyrodzie zaczyna się misterium nowego życia! A w sercach ludzi pojawia się nadzieja na nowe, lepsze i coraz cieplejsze dni.
Gdy ukaże się ten newsletter, będę już po uroczystych obchodach Szczodrych Godów, które były trzecimi w kolejności w mojej zagrodzie. Tegoroczne święto Godowe odbyło się o dwa dni wcześniej, w stosunku do terminu tradycyjnego (weekend 19-20 grudnia) ze względu na przyjeżdżających z daleka uczestników.
Podczas poprzednich Szczodrych Godów w mojej zagrodzie odbywał się też ceremoniał Szałasu Potu, łaźni oczyszczającej przed Godami. Obecnie zrezygnowałam z prowadzenia tej ceremonii, bo zadziało się wtedy zbyt wiele – niekoniecznie spójnych energetycznie aktywności. Szczodre Gody, zwłaszcza tak skrócone, jak obecnie, niosą w sobie wystarczający ładunek przeżyć! Szałas Potu jest ceremonią na zupełnie inne okazje, jak choćby na „Kobiece świętowanie Pełni Styczniowej” oraz innych, równie ciekawych, o których napiszę być może w następnym numerze.  

 Anna Mirochna Litwin

Polecane:
https://www.facebook.com/events/1544259585796427/ Kobiece świętowanie Pełni Styczniowej


SŁOWO WSTĘPU do numeru 4

Z przyjemnością oddajemy w Państwa ręce czwarty numer Newslettera W Miejskiej Kniei.
Za oknem szaro i deszczowo, zima coś w tym roku nie chce nas odwiedzić. Tęskni mi się do puchu śnieżnego. Nie da się ukryć, że kiedy po długich szarych dniach biały śnieg wreszcie pokryje ziemię, a słońce pokaże wszystkie jego odcienie, zima wydaje się ładniejsza. Wtedy też chętniej spędzamy czas na dworze, w lesie, na spacerach. Od razu innego wymiaru nabierają morsowanie, obozowisko w lesie czy zajęcia survivalowe. Wtedy też łatwiej nam wyciągnąć pociechy z domu. Z Nowym Rokiem życzę Wam i sobie śnieżnej zimy.
Początek roku 2016 przynosi zmiany w Newsletterze W Miejskiej Kniei. Po pierwsze chciałabym przywitać w zespole redakcyjnym trzech nowych autorów: Annę Litwin, Adriana Zamachowskiego i Wojciecha Górnego. Są to ludzie pełni pasji i doświadczeni. Ogromnie się cieszę, że owym doświadczeniem będą się dzielić na łamach Newslettera. Latem z przyjemnością zaproszę Was na ich warsztaty do W Miejskiej Kniei.
Po drugie Newsletter od stycznia, ukazywać się będzie w zmienionej formie. Zapraszam na fanpage Newslettera W Miejskiej Kniei na Facebooku, gdzie będziemy zamieszczać linki do artykułów, opublikowanych na blogu.
Uważamy, że taka forma będzie dla wszystkich wygodniejsza i bardziej przejrzysta. Zapraszam do lektury!

Katarzyna Miłochna Mikulska